Krewule spojrzał groźno.
— Ano, tak, nie może! — rzekł Jerzy. — Ja Baniutę wyprowadziłem, jam ją z niewoli wziął i mało nie na ręku ją tu przyniosłem. Z prawa ona mi się należy; a ona mi też, jako narzeczona, słowo dała, i ja jej. Bogowie z ludźmi się nie dzielą; ja nie odstąpię jej!!
Krewule rzucił się z siedzenia.
— Cicho! zepsuty jakiś, zniemczały chłopcze!... Weselaście nie odprawiali. Perkunas prawo ma, choć prowadzoną do męża, wziąć dziewczynę... Milcz, przybłędo!... milcz... ani mi się waż!
I opadł na siedzenie. Jerzy chciał mówić coś; wróżbici go, pod ręce ująwszy, w tył popchnęli. Powieki Baniuty podniosły się; ścigała oczyma Kunigasa, a choć łzy miała na nich, patrzała mężnie.
Jerzy, próżno usiłując się wyrwać z rąk, w które popadł, przestał się szamotać.
Wystąpił młody Konis...
— Nigdy wyraźniej — rzekł — bóg swej woli nie objawił... Jawna rzecz... ślepy dojrzy... trafiła wprost z niewoli tu, gdzie ją przeznaczenie wołało...
Tu jej przystało zostać i żyć... my oddać nie możemy, co boże... Kiedy liść na ołtarz z nieba spadnie, odgarnąć go nie wolno... a ona też tu jak liść przyleciała wprost...
— A jam ją pierwsza poznała i przyjęła, ja! — zawołała Jargała, jęcząc.