— Czego płaczesz? oszalałaś! A toż szczęście ją spotkało... Wielka rzecz, że męża mieć nie będzie, ale i troski też! cóż to za dola małżeństwo? Kądziel, garnki, wiadra, pranie... w polu praca, w domu łajanie... Świekra zła, mąż niewierny...

Ona tu we wszystko będzie opływać! W złoto ją oprawią!.. Cichoż stara, cicho...

Inne też pocieszały i wmawiały, ale nadaremnie — stara płakała.

Kunigas burzył się cały i odzienie targał na sobie; oczyma szukał Szwentasa... nie było go blisko... Z dawnego życia przyszedł mu rozum wyuczony... Zmiarkował, iż potrzeba było spokój udawać i gniew schować w piersi głęboko. Jak u Krzyżaków kłamać się nauczył i milczeć, tak tu przybrał obojętną minę...

Na ziemi siadł, a Rymosa posłał, aby mu chleba przyniósł i miodu... Taką sobie twarz zrobił, jakby mu się już tylko jeść chciało, patrzeć, słuchać, a o niczym więcej nie myślał.

Zza zagrody, przez szparę, przypatrywał mu się Konis bacznie, długo dosyć; a przekonawszy się, że gniewy już odeszły i chłopak ostygł całkiem, z wolna przystąpił do niego.

Su Diewu negali bartis — rzekł mu po cichu — (z panem Bogiem nie żartować) — dobrze, że rozum macie. Nie wiem, jak tam u Niemców, ale u nas jeszcze Krewe i Krewule są bogów posłańcami i tłumaczami woli ich na ziemi. Sprzeciwiać się im nie godzi...

Jerzy spoglądał, nic już nie odpowiadając... przyniesiono mu jadło i napitek, a choć głodu nie czuł, udał, że mu do nich pilno było, aby się zbyć Konisa.

Wejdalota też, kilka słów jeszcze dorzuciwszy, zakończył: Diews wislab iszlaiko (Bóg wszystko do końca prowadzi) — i poszedł.

Szukał Rymos Szwentasa, który, po długiej z krajem rozłące, teraz się ze swoimi nagadać nie mógł. Porywano go od kupy do kupy, a on im o Krzyżakach dziwy prawił.