Rymos wymknął się z szopy, za rozkazem pana, szukać Szwentasa; lecz znaleźć go już nie mógł. Znikł stary.
Nazajutrz Kunigas chodził i czatował, czy Baniuty nie postrzeże, czy choć głosu jej nie posłyszy... Znikła, jak w ziemię wpadła, nie było jej. Mieliżby ją stąd tajemnie gdzie indziej uprowadzić?
Niejeden był ogień święty i dąb a Romowe.
W duszy Jerzego co się działo, jak cierpiał, jak się zżymał, iż posłuchał rady Szwentasa i naprzód tu przybył, nie wiedział nikt; bo chodził, twarzą kłamiąc, i z Konisem mówił spokojnie, a gniewu i tęsknoty nie okazywał.
Liczył już tylko dni, kiedy się mógł z powrotem spodziewać Szwentasa. Lecz i to obrachować było trudno. Odległości dobrze nie znał, droga była niejedna, człek znużony... przeszkód wiele.
Gdy w borze zatętniło, a nowi ludzie przyjeżdżali na Romowe, serce mu biło, spoglądał, wywiadywał się, nuż od matki posłowie?
Ale oczekiwanych nie było.
Wyszedłszy za zagrodę, siadał pod nią, patrzał w dolinę i dumał. Tęsknota go zjadała. A i życie tutejsze, i strawa, i wszystko, co widział, nie w smak mu było a krzywe...
Na zamku żywot był łatwiejszy, chleb smaczniejszy, obyczaj mniej dziki... Tu za to swobodę miał i u swoich się czuł.
Lecz swoi byli, a czasem jakby obcy mu, wstrętliwi. Gdy o bogach, gusłach, sprawach swych opowiadali, rozumieć ich nie mógł, niekiedy się brzydził. Chciał bardzo miłować, a serce stygło.