Ciężko mu było: z tym, co porzucił, nie rozstał się całkiem; to, co miał, odpychało go.

Lud z pałkami i pociskami, bez zbroi, bez odzieży, pół nagi, skórami okryty, niekiedy mu zwierzęcym się wydawał. Krzyżacy w lśniących zbrojach i łańcuchach piękniejsi byli.

Lecz całej Litwy jednym tłumem w dolinie mierzyć nie było można. Na dworze Gedymina musiało być inaczej.

Upłynęło już siedem dni od wyjścia Szwentasa, a od Pillen wieści nie było...

Zabito go może w drodze? źwierz dziki rozszarpał? utonął gdzie na rzece?

Ósmego dnia z południa zatętniło w borze wrzawą wielką. Nie wiedzieć dlaczego, Kunigas się zerwał na nogi; pewnym był, że po niego jadą.

Wyrwał się naprzód kroków kilkanaście, patrzał, a pierś mu się podnosiła żywiej.

Z lasu wyjeżdżali ludzie na małych konikach, zbrojni, a było ich soroka z półtora116...

Przodem przed nimi, na koniu też, w świecącym hełmie, ktoś jechał z mieczem u boku...

W gromadzie, zdało się Kunigasowi, że poznał Szwentasa, który, przygarbiony, jak wiązka siana trzymał się na grzbiecie konia. Nie był pewnym.