Tymczasem przybyły lud począł zsiadać z koni i w dolinie się rozkładać. Dowódca w hełmie stał jeszcze chwilę, rozglądał się, jakby na coś oczekiwał... potem i on konia oddał, i z tym, którego z dala Jerzy wziął za Szwentasa, począł z wolna zbliżać się ku dębu zagrodzie.

Młodemu serce biło okrutnie... byli to swoi — byli to jego ludzie. Ten dowódca wkrótce mu się miał jak panu pokłonić i paść przed nim twarzą.

Szwentasa już teraz poznał na pewno. On to był i z dala ręką na Kunigasa wskazywał.

Jerzy stał wyprostowany, dumny, wpatrując się w przybliżających. Mógł już rozeznać twarz tego, który w hełmie lśniącym szedł przeciwko niemu. Oblicze było dziwne, bezbrode, nagie, surowe, smutne, dumne, z pałającymi oczyma. Jakieś uczucie poruszało nim i malowały się wyrazem oczekiwania, dzikiej trwogi. Szedł, stawał, patrzał na Jerzego, zmarszczywszy brwi, mierzył go oczyma.

Zwolnił kroku; ręka jedna dotknęła piersi, jakby chciał oddech tamować.

Twarz to była nie męska, ale i nie niewieścia, mająca w sobie zarazem rycerskiego coś, ale przybranego, a namiętnego i rozrzewnionego. Hamował uczucie, co go wiele kosztować musiało; ścinał usta, brwi ściągał, krok mierzył, jakby się obawiał za prędko dojść, gdzie go serce wiodło.

Jerzy, wpatrując się w przybliżającego, nagle odgadł w tym rycerzu przebranym — matkę.

Myśl ta przeszła mu po głowie jak błyskawica i sam się jej zawstydził.

Nadchodzący, postawszy chwilę, zasromać się musiał wahania swego; pośpiesznym krokiem zbliżył się do Jerzego milczący, wlepił oczy w niego, krzyknął i objął go rękoma.

Reda, po wielkim podobieństwie do męża, poznała syna.