Hans odpowiedział pół głosem. Strata w ludziach do Zakonu należących była nieznaczną, a robotników niewiele ważono.

Brandeburczyk, który słuchał opowiadania z niecierpliwym rozdrażnieniem, wybuchnął teraz.

— Na Boga litościwego! — zawołał — cóż to być może znowu za twierdza tak silna, abyśmy jej nie potrafili zdobyć? Drewniane kleci? może gdzieniegdzie gliną polepione! Jeżeli rzeka broni z jednej strony, z drugiej ląd jest, a my nań wysiądziemy.

Jak oni statek, tak my im tę szatrę spalimy. Niewielka sztuka bełty obwinąć pakułami, oblać smołą i puścić je na dachy. Zdobędziemy i zniszczymy!

— Musimy tego dokonać — potwierdził Wielki Mistrz — i to rychło, nie dając się im wzmóc w siłę.

— Idźmy zaraz! — poczęli się odzywać Komturowie wszyscy.

Marszałek, usłyszawszy to, spojrzał na nich.

— Nie potrzebuję więc dawać rozkazów; jutrzejszego dnia dosyć będzie na przygotowanie.

Wszyscy się poruszać zaczęli i wychodzić z izby. Wielki Mistrz zwrócił się do swoich komnat; inni, głośno rozprawiając, szli przez wielką salę. Bernard tylko pozostał w miejscu jak przykuty.

Hans von Hechten, którego się nie przestano wypytywać, miał także iść za innymi, gdy, wysunąwszy się z zakątka swego, Bernard go powstrzymał...