Znali się oni z sobą, ale między milczącym, tajemniczym Bernardem a Hechtenem, który z konia prawie nie zsiadał, stosunek był chłodny. Nie lubili się.

Dał mu się jednak zatrzymać przybyły i stanął.

Z uprzejmością, na którą się silił widocznie, Bernard, ująwszy go za rękę, odezwał się głosem błagającym:

— Proszę was, nie odmawiajcie mi słów kilku. Prawdaż to? poznaliście na pewno tego niegodziwego, tego... wychowańca mojego??

Hechten odpowiedział niechętnie i prawie grubiańsko:

— Nie ulega to wątpliwości najmniejszej. Ja! ja bym może go nie poznał; widywałem go mało. Inni, co znali dobrze, najpewniejsi są tego; wszyscy, wszyscy jednym głosem go mianują. On prowadził tych napastników, on tam rozkazywał. Rzucił się pono pierwszy na statek.

Bernard ręce zacisnął.

— Więc ocalał! więc jest tam w tych Pillenach! — odezwał się półgłosem. — Niepojęta rzecz, jakim sposobem przebył taką przestrzeń, potrafił ujść pogoni...

— Cóż w tym niepojętego? — szydersko odparł Hans. — Po drodze mi opowiadano, że, uciekając, wziął z sobą drugiego waszego służkę, parobka starego, który długo za szpiega u was uchodził, a pono im się też wysługiwał, nie wam. Ten znał wszystkie drogi.

Dokończywszy Hans, podniósł rękę, jeszcze w żelazną rękawicę okutą.