— Nieszczęście to jest! — zawołał — gdy Zakon, zamiast wierzyć w żelazo, na podstępy i zabiegi chytre rachuje. Frymarki te, czy z Polakami, czy z Pomorzany, czy przeciwko Litwie, na nic się nie zdały. Nasza rzecz: zbroję wdziać i bić się.

Bernard nie odpowiedział nic; stał jak przekonany i pokonany winowajca.

Hans wyszedł. On sam tu pozostał jeszcze z myślami swymi. Zabierał się także opuścić pustą salę obrad, gdy Wielki Mistrz do niej powrócił. Znalazłszy go tu, zmierzył oczyma i z pewnym współczuciem rzekł:

— Złe się stało! naukę wzięliśmy; ale wyście złego ani chcieli, ni mogli przewidzieć. Idźcie ofiarujcie to Bogu.

Słowa te pociechy z głęboką pokorą i wdzięcznością przyjąwszy, Bernard wyszedł.

Na Zamku wydane rozkazy już wszystkim wiadome były.

Z jakimkolwiek skutkiem wyprawy się odbywały na pogan, choć wiele z nich się nie szczęściło i nie wiodło, każda z nich wszakże witaną była przez rycerzy z radością wielką, a szczególniej te, którym goście towarzyszyli.

Wiadomym jest, że zamordowanie Wielkiego Mistrza Orselena było zemstą za to, że jednemu z Krzyżaków na wyprawę iść nie pozwolił. Cisnęli się, napraszali wszyscy, radość panowała powszechna. Tak panowie, jak knechty i służba, starali się o to, aby nie pozostać na straży opuszczonych zamków. Wojna dawała więcej swobody, miała wszelkiego rodzaju przyjemności i korzyści. Wycieczki na kraj nieprzyjacielski, jak wiemy z dziejów, odznaczały się rozpasaniem największym.

Nie dziw też, iż nazajutrz, w dniu, który na przygotowanie był danym, na Zamku Malborskim panowało zajęcie wesołe, wrzawa, ruch, śmiechy, jak gdyby obchodzono już odniesione zwycięstwo.

Z rana zaraz porozsyłano do Komturów rozkazy, aby z siłami, które mogli odłączyć, do miejsc zbornych podążali. Niektórzy z nich wyciągali sami, aby się, wziąwszy ludzi, z oddziałem głównym połączyć.