Ładowano wozy, opatrywano konie, starszyzna wybierała swój dwór i pachołków. Ze zbrojowni wydawano zapaśny125 oręż; Szatny Zakonu wysyłał suknie, płaszcze i odzieże, które roznoszono. W korytarzach, po salach, widać było tylko biegających i śmiejących się ludzi.

Bernard, któremu dotąd nie dano rozkazu, ażeby z innymi się stawił, siedział w swej izbie zamknięty, w tym przekonaniu, iż za karę skazany będzie na bezczynność.

Do zadumanego tak samotnika niespodzianie wszedł Sylwester Szpitalnik. Dość mu było spojrzeć na brata Bernarda, aby poznać, iż boleje. Była to dusza litościwa; zbliżył się doń z uśmiechem dobrodusznym.

— Przychodzę was spytać — rzeki — czy wy też driakwi, plastru jakiego lub leku nie chcielibyście wziąć z sobą?

— Ale ja, ojcze mój — przemówił Bernard — podobno z wami i driakwią tu zostanę. Nie wyznaczono mnie na wyprawę, a ja się napraszać nie mogę. Widzę, że bracia na mnie zagniewani wszyscy i że mi wyrzucają, iż zdrajcę wychowałem.

Spojrzał na staruszka Sylwestra, który z żywością, nieopuszczającą go nigdy, w miejscu się kręcił i ramionami ruszał.

— Mają może słuszność — dodał — przemawiając za tym, żeby dzieci pogan zabijać raczej niż hodować! Ale ja... ja — rzekł, wahając się i patrząc na Sylwestra — zostawszy Krzyżakiem, niezupełnie przestałem być człowiekiem.

Sylwester spoglądał nań ze współczuciem.

— Wyrzucają mi, żem się do wychowańca tego przywiązał? — rzekł. — Do winy tej przyznaję się, ale to było chłopię...

Nie dokończył.