— Ja sam go polubiłem i litowałem mu się, gdy zachorzał — odparł Szpitalnik. — My obaj, bracie Bernardzie, nie zdaliśmy się do kompanii tych żelaznych ludzi. Szczęściem, ja doglądam szpitalu...

— Biednego chłopca obałmuconego mi żal — dokończył Bernard — bo nieochybnie zginie. Musi być u matki w tych Pillenach, na które my idziemy całą siłą. Nie ujdzie z życiem.

Drzwi się otworzyły i kompan Marszałka wszedł do celi.

— Wy także naznaczeni jesteście do pochodu — odezwał się, spoglądając na tabliczkę, którą trzymał w ręku.

— Ja? — zapytał niedowierzająco, z pewnym wzruszeniem Bernard — ja?

— Tak — powtórzył z chłodem człowieka, który spełnia rozkazy. — Wielki Mistrz i Marszałek rachują na to, że gdyby zamek ów zdobywać było ciężko, wy potraficie do broniących go jako poseł przemówić. Spodziewają się tam tego młokosa.

Kompan Marszałka wyszedł.

Bernard poruszył się, rozglądając po izbie. Dawno już go nie wzywano na wojnę. Potrzeba więc było dobrać sobie ludzi, konie i służbę. Czasu na to nie zostawało wiele. Nazajutrz rano, po nabożeństwie, Krzyżacy z gośćmi ruszyć mieli. Wozy już przodem z żywnością wyprawiano.

Wielki Mistrz pozostawał w Malborgu; dowódcą wyprawy był, jak zwykle, Wielki Marszałek i Komtur. Starszyzna szła cała.

Od dawna nie pamiętano takiego wysiłku ze strony Zakonu.