Obrachowanym było tak wszystko, iż nade dniem o brzasku wojsko się przeprawić miało w jak największej cichości i porządku.

Jakoż pierwszy oddział stanął nad brzegiem o mroku jeszcze, i tejże chwili z góry puszczone czółna i promy poczęły co najlepiej uzbrojonych i najśmielszych przewozić.

Wszystko zdawało się iść po myśli. Zamek na pagórku stał, jakby martwy; żadnego w nim, ani dokoła, ruchu dostrzec nie było można. Nikt się nie ukazał na okopach, ani na drewnianej wieżycy, nie dano żadnego hasła.

Drewniane ściany ogromnej budowy czarno malowały się na wyjaśniającym się niebie. Siny tylko obłoczek dymu spokojnie się nad nimi unosił.

Wiedziano przez szpiegów, iż od strony lądu znajdowała się osada i część ludności, która do grodu posługi należała. Niezwłocznie więc garść rycerzy i knechtów, wylądowawszy, rzuciła się na nędzne ziemianki i numy, spodziewając się tu dostać jeńców i języka.

Lecz schronienia te wszystkie stały puste, otworem.

Żywej duszy w nich nie było.

Zdumiano się wielce, gdy, plądrując po wszystkich zakątkach, ani zapasów żadnych, ani nawet sprzętu nie znaleziono. Cała ludność miała czas się stąd nie tylko wynieść, ale wszystko zabrać z sobą, co tylko nieprzyjacielowi przydać się mogło.

Dowodziło to, że ów napad, który niespodzianym miał być, spodziewanym być musiał, i to zawczasu.

Natychmiast knechty się poczęły rozgaszczać po lepiankach. Krzyżacy tymczasem całym pocztem objeżdżali gródek, opatrując go i szukając miejsca, które by do przyszłego szturmu najdogodniejszym było.