Ci, co się po drodze naśmiewali ze sławionej twierdzy owej, teraz jakoś zaczynali uznawać, iż tak słabą, jak z razu sądzili, nie była.
Okopy broniły ścian, do których przystęp był niewygodny i trudny.
Wielki Marszałek, dokoła obejrzawszy Pilleny, znalazł, że przecież jeśli nie szturmem i ogniem, to głodem wziąć je było można.
Tymczasem na grodzie ta złowroga cisza jakaś panowała, która nieświadomym ludu i obyczaju dozwalała nawet przypuszczać, że, jak owe lepianki, tak i samo zamczysko opuszczone być musiało.
Znaku w nim życia nie było.
Śmielsi knechtowie, uzuchwaleni tym, co się im wydawało bezsilnością, nie czekając na to, by się reszta sił przeprawiła przez rzekę, kupą z jednej strony na wały się drapać poczęli...
Krzyki, z jakimi szli, nie wywołały z grodu nikogo. Nie przeszkadzano im wcale wleźć aż ku ostrokołom i parkanom. Gdy tu już stanęli i zabierali się na tyn iść, który śmielsi podpalać zaraz chcieli, nagle posypały się strzały i pociski z proc kamienne, tak gęsto i tak trafnie, iż przodujący innym padać zaczęli.
Nieprzyjaciel, skryty za parkanami, nie był widocznym.
Cicho, nie pokrzyknąwszy nawet, nieustannym sypał gradem. Padło kilku zabitych, stoczyło się kilkudziesięciu rannych; a Marszałek, który stał z dala i patrzał, wołać kazał rozgniewany do odwrotu.
I bez tego rozkazu obozowa gawiedź już pierzchała prędzej daleko, niż się tu dostała.