Pierwsza ta próba nieszczęśliwa dowiodła, że milczącego owego stosu drzewa lekce sobie ważyć nie było można.
Rozkładano się obozem szeroko w dolinie, zakreślając krąg taki, aby przystęp do zamku od lądu był zupełnie zaparty126. Wśród wierzb starych poczęto rozbijać namioty, rozstawiać wozy, wyznaczać miejsca dla oddziałów. Zatknięta już chorągiew Zakonu przed Marszałka szałasem, który naprędce kleciła czeladź, oznajmowała groźnie Pillenom, iż Zakon siły swe przednie na nie wymierzył.
Dnia tego nic nie rozpoczynano.
Na wysokich ścianach grodu wkrótce przesuwać się zaczęli jak cienie milczący ludzie. Na wieży długo kilku ich stojących i przypatrujących się widać było. W jednym jej rogu, jakby na urągowisko białej chorągwi Mistrza z orłem i krzyżem, rozwinięto białą płachtę w słupy niebieskie.
Rycerze powitali ją śmiechem szyderskim.
— Znać, że baba na zamku dowodzi — wołał Siegfried — bo spódnicę wywiesili na znak.
Z południa starszyznę do siebie Marszałek zaprosił na radę: od czego poczynać mieli?
Obejrzenie dokoła warownego grodu, nigdzie ani wyjścia, ani bram, ani przesmyku, którym by bezpieczniej do niego podkraść się można, nie dozwoliło się domyślać. Zawarty był, jakby ptakiem tylko doń dolecieć, kretem zeń wydobyć się było można.
— Głód nam ich da w ręce — mówił Marszałek.
— Tak — odparł Wielki Komtur — lecz jeżeli się nas spodziewali, jak widać z opustoszenia osady, zapasy przysposobić musieli; a wiemy, że ludzie są na małym przestający, głód znosić nawykli, to nas tu trzymać będą tak długo, iż oblężenie zdobyczy nie będzie warte.