Książę Brunświcki i hrabia Namur, którym pilno było rozpocząć i skończyć wojnę, ani słuchać chcieli o ogłodzeniu. Na wały trzeba się, zdaniem ich, drapać było koniecznie, dotrzeć do parkanów i rąbać je a palić.

Wielki Marszałek nazajutrz chciał bełtów zapalonych próbować i rzucania ognia na dachy.

Ciury obozowe, rozdrażnione niepowodzeniem pierwszej próby, nazajutrz wybierały się z dwu stron przypuścić szturm, który by siły załogi rozdzielił; nie spodziewano się, aby mogła starczyć na dwa ich oddziały.

Przy wyznaczeniu miejsc na obozowisko Bernardowi dostało się rozbić namiot z dwoma tylko towarzyszami, najbliżej stoku pagórka, w dole jakimś, który zdawał się opuszczoną numą, bo kilka kamieni, rzuconych w nim, jakby ognisko dawne znaczyły. Trochę łoziny tu rosło pomiędzy głazami, obok których wozy postawiono i namiot rozbito.

Gdy nadeszła noc, po długiej biesiedzie dla gości u Marszałka zastawionej, wszyscy się do swych stanowisk porozchodzili. Chociaż dotąd dość sobie lekceważono załogę i twierdzę, jednakże na noc straże postawiono. Nie spodziewano się wycieczki, lecz dowierzać nie było można.

Noc była cicha i spokojna; ludzie pochodem a potem wieczerzą znużeni. Godzinę jakąś straże chodziły, ziewając; w końcu, gdzie kto mógł, posiadały, i gdzie kto usiadł, bezpiecznie się pospały. Bernard nie mógł zmrużyć oka, chociaż dwaj jego towarzysze w namiocie chrapali już od dawna. Myślał o czymś smutnie.

Z całego obozu on jeden może czuwał. Milczenie grobowe go otaczało. Słychać tylko było głuche mruczenie rzeki, która u stóp wzgórza o ogromne w niej leżące rozbijała się głazy.

Wtem, dosyć blisko namiotu, Krzyżak posłyszał stąpanie ostrożne i szept. Straż to być musiała, bo któż inny ważyłby się chodzić po obozie?

Wtem z lekka uchylono opłotek, który wnijście zasłaniał, i Bernard ujrzał stojącą postać ciemną, w głąb namiotu zaglądającą. Poruszył się na posłaniu.

Mroki nocne nie dawały mu rozeznać podkradającego się tak do namiotu człowieka. Widział tylko, że krótki mieczyk miał w jednej ręce. Myśl o nieprzyjaciołach, jakich miał w Zakonie, o jakiejś zemście, przebiegła mu po głowie. Schwycił za leżący przy sobie oręż i, nie czekając już dłużej, z odwagą, która go nigdy nie opuszczała, rzucił się tak szybko na usiłującego wtargnąć do namiotu, iż ten cofnąć się nie miał czasu. Brzask słaby nocy wiosennej z bliska dozwalał rozpoznać rysy...