Jerzy stał przed nim.

Bernardowi podniesiona już nań ręka zadrżała, stanął. Chłopak czas miał się cofnąć. Zobaczył go także i mieczyk, wymierzony już w pierś jego, zawisł w powietrzu.

Oba nie wydali okrzyku nawet. Bernard, oprzytomniawszy nieco, drugą ręką usiłował pochwycić chłopca, który mu się wywinął zręcznie. Należało krzyknąć na straże i ująć zuchwałego, który ważył się wtargnąć do obozu; uczucie jakieś litości na ustach Bernarda wstrzymywało głos. Jerzy stał, gotując się do ucieczki.

Bernard namyślił się rychło.

— Szalony! — zawołał stłumionym głosem — szalony! życie ci niemiłe.

Kunigas o krok się cofnął.

— Ja wam wasze darowałem — odparł cicho — nie godźcież na moje.

To mówiąc, posunął się kilka kroków w mroki, padł na ziemię i goniący za nim Krzyżak, przyskoczywszy w to miajsce, gdzie się go schwycić spodziewał, już nie znalazł. Kilka wielkich kamieni na nim leżało. W dali szelest dał się słyszeć, jakby nadchodzących ostrożnie ludzi.

Bernard chwilę jeszcze stał niepewny, wahając się, co pocznie; litość wstrzymywała go, lecz w końcu na straże wołać począł.

Krzyk jego donośny, wśród ciszy nocnej rozlegając się, cały obóz poruszył. Na czarnych ścianach milczącego grodu przebiegło kilka światełek.