Z namiotów wybiegali na pół odziani, rozespani, wylękli bracia; knechty chwytali za oręż; uśpione wprzód straże kręciły się, biegały popod wałami. Nikt zrazu przyczyny tego postrachu odgadnąć nie mógł; lecz trwoga ogarnęła jednych, gniew innych, gdyż przypuścić nie mogli, ażeby im coś od Litwy zagrażać miało.
Ponieważ popłoch się wszczął od tej strony, gdzie był namiot Bernarda i towarzyszów jego, zbiegli się tu od Marszałka posłani dopytywać, co było jego powodem?
Ukazanie się i zniknięcie chłopca było tak dziwnym, że Krzyżak po namyśle sam poszedł do Marszałka, którego zastał na łożu, na pół ubranego, rozmarzonego snem po szlaftrunku i rozjątrzonego na ludzi, którym się coś przywidziało.
— Potrzeba ukarać głupca, co tej wrzawy narobił! — wołał Marszałek.
— Wrzawy narobiłem ja — odrzekł Bernard.
— Wy? to być nie może! z jakiego powodu?
— Obcy człek z mieczem w ręku wtargnął, a raczej wkraść się usiłował do mojego namiotu — począł Bernard.
— Śniło się wam?
— Miałem go prawie w ręku.
Marszałek się przeżegnał.