— To jakiś knecht pijany! — zawołał.

— Nie; Litwin był. Zbliżywszy się, mogłem poznać go po stroju, a zresztą i po twarzy. — (Tu się nieco zawahał Bernard). — To był dawny mój wychowaniec.

Marszałek zerwał się z posłania.

— Jakimże sposobem dostać się mógł do obozu! — krzyknął.

— Dziwniejsza jeszcze, w jaki sposób potrafił uciec! z oczu mi znikł, jakby wpadł w ziemię — odpowiedział Bernard.

— Tu idzie o sprawę Zakonu — dodał — rzecz jest zagadkowa a groźna. Mają sposób robić niepostrzeżone na nas wycieczki. Potrzeba lepiej zbadać całą miejscowość.

Marszałek siedział zadumany.

— Jakimże by sposobem ta dzicz miała tak misternych używać środków? Co był za powód do wtargnięcia?

— Domyślam się, że mój namiot wzięto za wasz, i że szło o życie wodza. Poznawszy mnie, chłopak się zawahał chwilę; ale nim go schwycić mogłem, uszedł mi w niepojęty sposób.

Gdy się to działo, krótka noc wiosenna już się miała ku końcowi, zaczynało dnieć.