Straszny ten bój dokoła, poczęty z południa, nieprzerwanie trwał do nocy. Trupy padały z obu stron, nogami je tratowano. Zdało się, że na Pillenach mnożył się lud cudem jakimś. Nie brakło go nigdzie.
Oporem znużeni, wreszcie Krzyżacy ustąpili drugiemu oddziałowi, który z nową zawziętością pierwszych zastąpił.
Ranni poszli się obwiązywać, powyciągano trupy; noc nadeszła. Stosy rozpalono w dolinie. Walka trwała ciągle.
Wiżunas z jednej, Marger dowodził z drugiej strony.
Stary miał dwie strzały w piersi, które z mięsem wyrwał razem i krew gliną zatamował. Marger postrzelony był w ramiona i głowę.
Baniuta stała przy nim z płachtą do obwiązania rany, blada, przytomna, z zakąszonomi wargami, niekiedy jak szalona spod nóg chwytając kamienie i rzucając nimi bezsilnie.
Reda w podwórcu poiła ludzi i gnała na wały.
Poszłaby była sama, gdyby się docisnąć mogła. Lecz około parkanów lud się gromadził, tak gęsto stojąc, iż trupy nawet paść nie mogły na ziemię. I one walczyły, piersiami zasłaniając żywych.
Stały się tarczami dla nich.
Nie słyszano piania kurów, nikt nie miał czasu spojrzeć na gwiazdy, aż zaświtała na wschodzie jutrzenka.