Walka trwała.
Zatrąbiono na zmianę nową. Pierwszy oddział Krzyżaków i gości powracał znowu.
Ci, co wczoraj w obozie zimno i obojętnie z dala patrzali na to krwawe ścieranie się dwóch sobie nienawistnych plemion, teraz, ogarnięci, upojeni, zarażeni wyziewami krwi pobojowiska, biegli, nie mogąc zostać bezczynnymi.
Starszyzna, wczoraj jeszcze trzymająca się opodal, dziś bez rozkazów parła się razem z innymi, aby skosztować boju.
Dotąd pasowanie się było bezskutecznym.
Dzień wschodził.
Nie zmieniło się nic, rósł tylko zapał i potęgowało się z obu stron szalone pragnienie boju.
Wiżunas, który stał na wyżynie, a trwożnym okiem oglądał się dokoła, bladł i trwożyć się zaczynał. Żywy mur trzymał się zawsze, lecz parkany i tyny trzeszczały i obaleniem się groziły.
W wielu miejscach topory knechtów podrąbały je, w kilku obito nalepę glinianą i ogień się imał szczap suchych. Całymi połaciami chwiały się ostrokoły. Starzec już widział chwilę, gdy Krzyżacy wtargną do gródka. Lecz poza tym pierwszym opasaniem stało drugie, grubsze, wyższe, silniejsze jeszcze.
Pierwszego obronić nie było można.