Marszałek, na nic nie zważając, wołał i nalegał, ażeby natychmiast szturm przypuszczać nowy i nie dać się poganom opamiętać.
Noc tymczasem nadeszła.
Wnętrze gródka obraz przedstawiało okropny zarazem i tragiczny. Ludzie ci szli w stanie ducha jakimś, w którym się rzadko człowieka widzi. Śpiewali jedni, płacząc; śmieli się drudzy; szał ogarniał wszystkich. Twarze były przemienione, siły podwojone, głosy nieludzkie.
Ci, co leżeli ranni, zrywali się gwałtem do walki; okrwawieni, zdali się nie wiedzieć, że z nich życie uchodzi.
Ci, co nigdy nie zanucili pieśni, znajdowali ją na ustach, przyleciała skądciś, z niebios — wylęgła się w krwawych tych zapasach.
Mężowie, niewiasty, dzieci — wszyscy się stali bojownikami. Jakaś radość i gniew razem rzucały nimi.
Ojcowie patrzali obojętni na trupy synów; matki zapominały o dzieciach.
W pośrodku, oblany krwią, z podniesioną głową, z mieczem obnażonym, stał Marger. Za nim matka, jak niegdyś, odziana po męsku, zbrojna, w hełmie na głowie; obok Baniuta w świeżej namitce niewiastki, w białej koszuli, na której plamy krwi czerniały, ze sznurami porwanych bursztynów na szyi, z dyszącą piersią, podobną była do młodej wilczycy, którą w gnieździe myśliwcy napadli.
Wiżunas krew tamował jedną ręką, drugą ku parkanom wskazywał.
Ludzie się sypali ku nim, wyprzedzając jedni drugich z krzykiem i wrzawą.