Chciała potem biec z innymi, ale Reda ją za koszulę wstrzymała.
— Nam tu być! nam wodę nosić i rany obwiązywać! — poczęła. — Kubek mu daj! nic nie miał w ustach.
Lecz już głosu jej, ani żadnego innego, rozeznać nie było można we wrzawie. Zza ściany słychać było śpiew krzyżacki, tu pieśń litewską i wycie jakby dzikie.
Niemcy wdzierali się już ku wierzchołkowi zagrody i padali pod ciężarem belek, kłód i kamieni.
Bój, na krótko przerwany, toczył się znowu noc całą.
Tymczasem w podwórcu, czarodziejską siłą dźwignięty, już się stos olbrzymi układał. Kobiety i wyrostki odzierały dwór z pułapów i dachów, rozwalały ściany, wlokły bierwiona i miotały na łożysko pogrzebowe.
W słabych siła wstępowała nadludzka. Ręce niewieście dźwigały potężne belki, ramiona chude nie uginały się pod strasznym ciężarem, dłonie drobne chwytały kłody grube. Drzewo zdawało się też żyć, poruszać, jak gdyby, posłuszne człowiekowi, samo szło na rozkazanie.
Cudem podnosił się książęcy ów stos pogrzebowy, taki że prawie głową sięgał wieżycy.
Teraz, co kto miał, poczęli zwlekać wszyscy; odzież, broń, żywność, kruszec, bursztyny, kożuchy i dokoła miotali na kupy.
Śmieli się, patrząc na te bogactwa, które ogień miał pożreć, aby się wrogom nie dostały. Dzieci skakały koło nich. Starsze kobiety zdzierały z siebie zawczasu, co droższego miały, aby całym nie zostało.