Baniuta znikła, pobiegła żywo do domostwa, którego stał węgieł jeszcze. Tu już skryć się gdzie nie było. Szyja tylko do lochu, od której drzwi oderwano, otworem stała.

Siedziała na wschodach, podparła się, myślała.

— Przysiągł mi na słońce i księżyc: dotrzyma. O! nie da mi wpaść w ręce tych zbójców, na straszną męczarnią sromu. Ale miecz ma stępiony, ale nóż ma wyszczerbiony; może mu zabraknie żelaza?

Wzdrygnęła się. Wybiegła z lochu i wpadła do izb, których ściany na stosu podpałkę rozbierano. Widziała miecz Walgutisa, który stoi w kącie. Stare żelezce obsunęło się i na podłodze w śmieciu leżało; porwała je z radością, do ust przyciskając, śpiewając — bo ból wielki jak radość śpiewa.

— Nieprawdaż, mieczu kochany? ty śmierć mi dasz lekką z jego ręki! Rozedrzesz serce na poły i duszyczka z niego uleci...

Spojrzała: miecz rdzą czy zaschłą krwią był okryty; poruszyła główką nad nim. Oburącz wzięła go, jakby dziecię piastowała, i poniosła.

Miała osełkę za pazuchą. Siadła w progu.

— Stary ty mój — nuciła, schyliwszy się nad nim. — O tobie ludzie zapomnieli, nikt cię nie otarł, nikt cię nie obmywał, ostrze ci stępiało. Czekaj!

Zaczęła ostrzyć osełką. Stary miecz nabywał blasku, świecił jak niegdyś.

Schylona nad nim Baniuta zobaczyła słabo odbitą twarz własną. Z miecza na nią niebieskich dwoje oczu patrzało.