— Patrzysz na mnie, stary! tak, dobrze, pokochaj mnie i daj śmierć lekką z jego ręki.

Pocałowała żelazo, piosnka mimowolnie wybiegła znowu na usta.

— A! umierać mi młodo, umierać!! Ale czegóż mi brakło? co mi życie dać miało? Może łzy na powieki, może sierocą dolę, może wrażą niewolę? Wszakżem miłość już znała; wszak miłegom ściskała132, i on pójdzie wraz ze mną, i krew nasza się zmiesza.

Łza z ócz na miecz kapnęła, prędko ją otarła Baniuta, postawiła żelezce, wybiegła.

Z dala Marger wiódł ludzi; zaczerpnęła wody w kubek jeden, miodu w drugi i pośpieszyła za nim.

Krzyżacy, teraz rozjuszeni, pieśń jakąś śpiewając grobową, całą siłą na drugi parkan się naciskali.

Z wrzawą i wyciem odpierali ich Litwini; a co padł który w żelazo okuty, okrzyk się jeszcze głośniejszy podnosił.

Znowu ogniste strzały Niemcy puszczać zaczęli. Padały one wśród gródka, ale nikt nie zważał na nie. Kilka szczęśliwiej ciśniętych uwięzło w ścianach wieżycy.

Wiżunas ni Marger nie mieli obejrzeć się czasu; ściany płonąć zaczęły. Płomyk się po nich ślizgał nieśmiało, zrazu gasnąć się zdawał, wciskał w szczeliny, potem jaśniejszy wyrastał.

Z dwu małych zlewał się jeden. Po wieżycy pełzały jak węże; latały jak ptaki.