Noc bladła, dzień nadchodził znowu, dym już tylko widać było. Wieżyca stała, jak wczora, cała, nietknięta, ale we wnętrzu szumiało i sykało, i pryskało.
Krzyżacy szturmowali.
Drugi parkan wyższy był i mocniejszy, ale i ten już podcinać zaczynano i podkładano ognie pod niego. Litwini leli wodę, gdzie posłyszeli syczenie płomieni; walił się na oblegających ostatek kamieni z podwórca, spod ścian budowli powyrywanych. Rzucano trupy, gdy nic innego nie było.
Głos tej walki, zamiast słabnąć, rósł przeraźliwiej coraz; niekiedy, słuchając go, Marszałek drżał ze zgrozy; coś było w nim przejmującego śmiercią do kości. Ludzie, co taką pieśń nucili, ani się poddać, ni żywymi wzięci być nie mogli.
Niemcom, którzy się drapali na zagrody, serce w piersiach bić przestawało chwilami. Ogarniała ich trwoga przed tą rozpaczą. Lecz wstyd było odstąpić; napierano ich, nowi biegli.
Dzień cały nie ustawał bój.
Wieżycę objęły płomienie do szczytu, opasały ją jak szatą purpurową; stała tak długo niespożyta, jasna, straszna, potem nagle z trzaskiem wielkim runęła, kłęby dymu rozprysły się z iskrami dokoła.
Na gródku krzykiem zawtórowano.
Wiżunas się obejrzał.