Niewiasty kołem, śmierci czekając, siadły przy stosie i raudę śpiewały.
Stos, jakby na rozkaz bogów, z wolna płonąć zaczynał.
Gwiazda ranna, jak diament, poczęła na niebie błyskać.
Wiżunas i Marger spojrzeli na siebie.
Ci, co walczyli jeszcze, na dany znak odstąpili od zagrody, szli spokojni ku stosowi. Wiżunas im przodował, Marger szedł ostatni.
Niewiasty pieśń nuciły.
Zaczęło się, czego świat nie widział nigdy i nigdy może nie zobaczy.
Bracia ściskali się i całowali, jeden obnażał pierś, drugi ją przebijał mieczem. Ojcowie, płacząc, mordowali dzieci i trupy rzucali do stosu. Mężowie zadawali śmierć żonom, które się im na szyi z pocałunkiem zwieszały.
I nikt nie wydał jęku, i nie słychać było krzyku, ani płacz się odezwał.
Trupami uściełała się ziemia dokoła stosu szeroko.