Marger z mieczem w dłoni stał i patrzał. Oczyma szukał Baniuty.
Ona w loszku na progu siedziała, łzy jej biegły z oczu, całowała miecz, czekała.
— Przysiągł mi na słońce i księżyc: przysięgi swojej dotrzyma.
Wiżunas nasłuchywał ku zagrodzie.
— Śpieszcie się — wołał — śpieszcie! kto nie chce ginąć od ich miecza. Parkany trzeszczą. Wpadną rychło: niech nas żywych nie zastaną.
Co żyło jeszcze, w płomień rzucało dostatki swe, zwłoki drogie, i nastawiało piersi lub karku. Szał opanowywał ostatnich. Okrwawieni, wbijali sobie miecze w piersi i padali.
Reda syna pocałowała w czoło: nie było zabić jej komu.
Wiżunasowi ręka drżała.
— Nie mogę! — rzekł.
Rzuciła na czoło białą zasłonę i śmiałym krokiem w ogień weszła.