Gajlis wstrząsł59 się i podniósł dłonie...

— Perkunie, możny Boże! — zawołał poruszony — karz ich piorunem i ogniem!... wszak gotowi syna rodzonego na matkę słać... a na matki miecz pierś dziecka wystawić!! Niech by ich ziemia pożarła!!

Swalgon zadrgał cały... usta mu się ściągnęły... zamilkł...

U progu pomiędzy gawiedzią stał czasu tej rozmowy milczący człek, któremu inni trochę miejsca zrobili i okazywali pewne uszanowanie.

Suknia go niewiele różniła od innych: miał na sobie kożuszek krótki, pas skórzany, sukienne spodnie i skórznie z futrem na nogach, na głowie szłyczek spiczasty, lisem bramowany, w ręku toporek żelazny... Niemłody, krągłej twarzy, wystających policzków, bladych, ale bystrych oczu, na wojaka jakoś wyglądał i na dworaka razem.

Słuchał on pilnie powieści Swalgona o synu wdowy, a gdy ten jej dokończył i wszyscy zamilkli, od progu przyszedł się usadowić na kamieniu obok przybysza.

Popatrzyli sobie w oczy. Swalgon go pozdrowił... Potem w ogień niby wlepiać począł wzrok i zobojętniał, ale ukradkiem ciekawie niekiedy na sąsiada spozierał...

— Dawnoście to tę bajkę o naszym dziecku słyszeli? — odezwał się do niego sąsiad.

— O! nie od dziś, nie od wczoraj ja ją słyszę — rzekł obojętnie Swalgon. — A co dziw, że nie w jednym miejscu mi ją rozpowiadano i przez tyle lat się ona wciąż powtarza...

— Dziw!! — zamruczał słuchający. Pomilczał nieco. — Hm! — dodał — co ja wam powiem? Nasza Reda i stary ojciec jej, kaleka Walgutis, oboje lubią ludzi, co baśnie stare prawić i pieśni dawne śpiewać umieją... Na dwór by wam do nas potrzeba... Jeść i pić lepiej tam dadzą, niż tu ubodzy ludzie, i ugoszczą, i obdarują pewnie, bo Reda szczodrobliwa jest... Warto, byście jej powtórzyli, co wiecie...