Gdy to mówił, z mimowolnego poruszenia starego Swalgona nieledwie by wnieść było można, iż nim radość zatrzęsła... oczy mu się zaiskrzyły; — lecz wnet ułożył twarz pokorną i postawę biedną jakąś.
— A, ojcze mój! — odezwał się — gdzie tam mnie biedakowi, obszarpanemu, do Kunigasów iść, przed którymi na twarz padać potrzeba... ani ja, ni moja odzież po temu... Boję się.
Dworak go uderzył po kolanie silną ręką i zaśmiał się.
— Toć nie powieszą cię, ani zetną, Niemcem nie jesteś i nie śmierdzisz nim. Ba! gdyby w tobie Reda zdrajcę lub Niemowę zwietrzyła, nie radziłbym jej się w ręce dostać!... Z jej to rozkazu dwóch krzyżackich rycerzy w żelaznych zbrojach, jak stali, na stos rzucono i spalono żywcem; ale Swalgonowi, ubogiemu wróżbicie, nigdy tu włos nie spadł z głowy.
Pomimo tego zapewnienia, podróżny, słuchając, bladł i drżał — może od zimna; a choć się śmiał niby, niewesoło mu z oczu patrzało.
Trącił go łokciem zadumanego ten, co do zamku namawiał.
— No — rzekł — namyślcie się; pójdziecie ze mną; zaprowadzę was.
Wahał się jeszcze Swalgon... Po chwili jednak, gdy mu się na męstwo zebrało, wstał, stękając...
— To cóż! — rzekł — każecie, pójdę...
Wstał i ten, co go miał prowadzić.