— Cóż? do Redy? — zapytał Gajlis.

— Jużcić — rzekł dworak — na gródku nie ma ich czym zabawić. Dziewczęta i baby, i co nas jest, jużeśmy wszystko wypowiedzieli, co umieli, i po dziesięć razy.

Swalgon węzełki swe i torby troskliwie zbierał; rozstąpili się w progu stojący... Swalgon wychodził.

Ścieżynka wąska wiodła z tej strony od lądu, przez ów ciasny przesmyk ziemi, którym się pagórek zamkowy z nim łączył, ku grodkowi... Nie widać jednak było, dokąd zaprowadzić mogła. Z tej jednej ścieżki poza grobelką cała siatka wydeptanych w różne strony rozpościerała się wśród kamyków, mchów i spłowiałej biednej trawy.

Większej drogi nigdzie widać nie było, ani wrót u góry, którymi by się do zamku dostać można. Dworak szedł, nie patrząc ścieżek, na prost ku wałowi, który z dołu patrzącym część ogromnych ścian drewnianych zakrywał.

Swalgon śpieszył za nim, szedł z tyłu i niepostrzegany rozglądał się bacznie. Dostali się tak pod sam usyp z ziemi wysoki i stromy, wśród którego ogromne głazy dzikie sterczały gdzieniegdzie. Ziemię od osypywania się trzymały one i pale a deski, które się spod piasku częściami dobywały. Teraz poczęli iść ścieżyną, na samym podwalu. — Dworak, który Swalgona wyprzedził, stanął, zaczekał nań, popchnął go, za barki ująwszy, przed się... i nim się tamten rozpatrzeć mógł i opamiętać, znalazł się w ciemnościach... Wał się jakimś cudem otworzył przed nimi; stali w wilgotnej szyi; nie widać było nic... Przewodnik, ciągle na ramionach wróżbity ręce trzymając, naprzód go popychał.

— Śmiało! — rzekł — rozstaw pięście, macaj ścian... nie padniesz...

Szyja ciemna skręciła się zaraz w lewo, potem w prawo; Swalgon czuł, że w dół zstępował, potem piąć się było trzeba do góry trochę. Mdła odrobina światełka widzieć się dała, jakby kilka jasnych nici wisiało na tle nocy... Były to szpaty we drzwiach, nieszczególnie spojonych. Swalgonowi lżej się zrobiło, gdy poczuł je pod rozpostartymi dłońmi. Otworzyć ich jednak nie umiał i towarzysz jego dopiero wywiódł go na światło dzienne. Stali na wąskiej drodze, poza którą widać było tuż okop drugi i na nim ostrokoły gęste... Ponad nimi w górze wznosiły się ściany zamkowe... Szli więc drożyną tą znowu, aż do drugiej furty, strasznymi głazami polnymi obwarowanej. Nie widać jej zza nich było; dopiero gdy się za kamienny wał dostali, towarzysz Swalgona zapukał i drzwiczki się wąskie otwarły.

Pierwszy wszedł przewodnik, za rękę ująwszy wróżbitę, bo tu by obcego straż nie dopuściła, a i gromada psów, poczuwszy nie swego, porwała się nań, ujadając. Ciemną szyją znowu w podwórzec weszli wewnętrzny.

Tu dopiero z bliska mógł się Swalgon przypatrzeć temu gmachowi, jakby nieludzką ręką wzniesionemu. Piętrzyły się ściany, ani wierzchu było ich dojrzeć, gładkie, twarde, których, zdało się, że żadna moc ludzka obalić nie zdoła. — Zdumiony Swalgon przyglądał się im ze strachem i poszanowaniem.