U góry w pewnych odstępach widać było czarne przekroje, jakby okna wąskie. Na wystających gdzieniegdzie belkach wisiały grube jak ręka ludzka sznury i wicie...
W prawo i lewo za tą twierdzą, jak misa wklęsła, rozciągał się dziedziniec przestronny... Tu pełno było ludu, bo właśnie do pożywienia go zwołano, i roiło się około niecułek, drewnianego statku60 i ogromnych garnków glinianych, z których para buchała.
W tym milczącym gródku nikt by się był nie mógł domyślać nawet takiej załogi mocnej... A lud, jak Swalgon zaraz postrzegł, młody był, doborowy, silny i czerstwy...
Chodzili wpośród niego dziesiętnicy i ład trzymali, ale po ojcowsku, łagodnie, śmiejąc się i głaszcząc, podżartowując i podśpiewując.
Podróżny byłby się może zatrzymał dla lepszego obejrzenia po zamku, lecz dworak mu nie dał stać i za sobą pociągnął.
Budynek z bierwion sosnowych, długi, niski, u wałów stał, zakryty nimi, a ponad dachami jego z dymników i spomiędzy dranic, którymi był kryty, dym się dobywał...
U rogu jego widać było kręcące się baby w białych zawiciach na głowach i dziewczęta z kosami61 na plecach... Na progu, w boki się ująwszy, stała otyła, czerwona, cała bursztynami obwieszona kobieta już niemłoda.
Przypatrywała się Swalgonowi.
— Matuś — odezwał się do niej dworak — oto głodny wróżbita, któregom dla naszej pani na gościńcu złapał. Dajcie no mu jeść, dajcie pić, aby się gęba rozwiązała do pieśni i do bajek...
Gospodyni ustąpiła im wejścia i wskazała na prawo.