A nie szło mu jakoś... Rzekł, że tam i owdzie był, to i owo widział; zaprzeczali mu inni, którzy też bywali w miejscach wskazanych... Pot mu występował na czoło; obraniać się i wyłgiwać musiał.

Nie było mu raźno; — przecież chwycił się w porę dobrego sposobu. Z tych, co mu zaprzeczali, drwić zaczął; ten i ów rad się uśmiechnął; a że przed chwilą niewesoło tu było, wdzięczni byli wszyscy, iż z sobą przyniósł śmiechu trochę.

— Co za dziwy! — rzekł do przeczących — wy tam byli, a co innegoście widzieli, niż ja? Ile ludzi, tyle oczu... Trafiło mi się, żem ja wilka zobaczył! a mój brat baranem go zwał. — To mówiąc, otarł usta, odstawując63 misę, i zakończył litewskim przysłowiem: — Umarł niedźwiedź, schowajcie trąby.

Ktoś zagadnął znowu; ruszył ramionami i cisnął mu drugie przysłowie za odpowiedź całą:

— Na co plewę bić, kiedy z niej nawet pyłu wybić nie można!

Obroniwszy się tak napastnikom, Swalgon wziął się do kubka; już go nie zaczepiano...

Niektórzy wynosić się zaczęli w podwórza, inni posiadali i pokładli się około ognia spoczywać. Wróżbita siedział, jakby mu się spać chciało i drzemką od rozmowy się bronił.

Przeszła tak dnia część znaczna i miał czas dobrze wytchnąć podróżny. Dworak, co go tu przyprowadził, uszedł, a nie ukazał się aż wieczorem.

— Teraz czas — szepnął, przybliżając się do niego. — Reda już wie, że przyprowadziłem jej takiego, co pieśni umie i gadki stare... Chodźcież za mną...

Swalgon, cokolwiek odzież na sobie ociągnąwszy, torby zapchnąwszy do kąta, w milczeniu za przewodnikiem podążył.