W drugim końcu budynku, na kamiennym podmurowaniu, stały izby kunigasowe, tyle tylko, że z miąższych64 bierwion w zrąb czysto zbite, mchem lepiej otkane i pułapem od chłodu zawarte i słoty.

Gdy weszli na próg, już się tu wieczornica zwykła była rozpoczęła. Jasno, smolnym zażywiane łuczywem, płonęło w pośrodku ognisko. Dokoła biało ubrane dziewczęta przędły i śpiewały.

W głębi widać było stojącą kobietę z obliczem surowym i jak noc smutnym, niezbyt wyniosłego wzrostu, ale silną i kształtną... Choć strój miała w części niewieści i żałobną wdowią zawitkę, na bujne włosy narzuconą, postawa jej, wyraz twarzy, ruchy ją do mężczyzny podobniejszą czyniły.

I pas męski, jakby do uwieszenia miecza przeznaczony, biodra jej przepasywał.

Stała, wpatrzona w ogień, wsłuchana w pieśni... jak posąg jakiś skamieniała... Ludzie, co byli w izbie i z dala się trzymali, nie śmieli na nią spozierać... Zerknął który, to wnet ze strachem spuszczał oczy.

Dalej poza nią, gdzie słabiej dochodził blask od ogniska, na wysłanym wysoko skórami łożu — coś się poruszało. Niekiedy z czarnych włosów posłania wychylała się blada twarz długa, w której czarna plama szeroka otwartymi zdawała się ustami... Jak widmo podnosiła się i znikała...

Był to zgrzybiały Walgutis, ojciec Redy, który niekiedy jeszcze, mówiono, rozbudzał się do życia, śpiewał, wieszczył, poruszał, zdawał się na jakąś godzinę odzyskiwać siły i znowu potem w senność i milczenie zapadał na miesiące całe.

Dziewczęta nuciły pieśń starą.

Poszedł, poszedł ojciec na podwórko kraśne65, złote klucze dzwonią, rano synów budzi...

Wstawajcie mi dzieci! na nogi synowie! hej, podwórko nasze wrogi otoczyły... Siostry wasze obcy już uprowadzili...