W wiedrze71 wody — o dziwo!... ukazała mu się twarz młoda jakaś... którą gdzieś widywał niedawno... blada, smutna.
Oczy jej przez szklaną powierzchnią tak były w niego wlepione, iż wzroku ich znieść nie mógł.
Reda czekała — dwie łzy po jej licu płynęły.
— Pani a matko! — odezwał się Swalgon mimo swej woli. — Na górze, na szklanej, nie ma twego dziecięcia, ani u stóp jej, tam, gdzie nieszczęśliwe błądzą duchy. Syn twój żyw i po świecie chodzi...
Krzyk wyrwał się z piersi matki, a spoza niej drugi mu zawtórował od łoża, gdzie spoczywał Walgutis, którego twarz podniosła się — i znikła.
— Człecze! nie łudź mnie! jam go opłakała! — zawołała Reda...
— Żyje — mówił Swalgon powoli — żyje... Widzę go...
— Gdzież jest?
— W ręku tych, co go porwali.
Reda krzyknęła z oburzeniem.