— I wykarmili go! i zaprawili na swoich!... i swoję krew w jego żyły przeleli! Wróg! wróg! Marger mój... syn mój... Zabili go! — zakrzyknęła, rzucając głową — zabili!
— Nie; żyw jest! żyw! — powtórzył Swalgon.
To mówiąc, oczy sobie zasłonił, trząść się zaczął i na ziemię padł, wskazując, aby wiadro sprzed niego wzięto.
Na znak pani przybiegły dziewczęta, chwyciły wiadro, a że wody wróżącej już do niczego użyć nie wolno było, poszły ją wylać zaraz do świętego strumienia.
Po krótkim spoczynku, Swalgon się podniósł z ziemi; lżej mu było, gdy już wody nie miał przed sobą, ale Reda stała, czekając na coś, mierząc go oczyma.
— Matko a pani! — począł jakimś chcącym przebłagać głosem. — Com widział w wodzie, tom i od ludzi słyszał po świecie... że syn wasz żyje... Nad granicą wieść ta chodzi dawno... i wierzy wielu, że żyw jest...
— Na cóż by go niepoczciwi żywili? — odezwała się Reda.
Szwentas, który z wolna przychodził do siebie i ostygał, bełkotać począł:
— Ludzie źli są a mądrzy, Niemcowie ci, a Boga mają potężnego, który wielkiej przestrzeni świata panuje... Ziemi są chciwi, panowania łakomi... Czemuż by nie mieli rozumieć tego, że za syna Kunigasowego okup wielki wziąć mogą?
— Zażądaliby go dawno, nie hodując dziecięcia — odparła Reda. — Nie!! Złość chyba swą nasycić chcą, dziecko żywiąc, by matkę pokąsało...