Krzyżak śmiał się.
— Tyś zgłupiał — rzekł.
Szwentas zamilkł. Oba jakiś czas spoglądali ku sobie, nie odzywając się.
— Mów — począł Bernard — mów, co widziałeś?
Parobek, jakby zniecierpliwiony, odezwał się nagle z pośpiechem, zbywając od razu wszystkiego:
— Com widział? no! ściany grube, wały, ostrokoły, ludzi dość, siłę wielką. Niewiasta chodzi przy mieczu... a ma odwagę męską. Dobrze, żem żywot stamtąd wyniósł cały.
— I uląkłszy się, mówić i patrzeć nie śmiałeś — odezwał się Krzyżak. — Zestarzałeś na bydlę głupie, nic już z ciebie. Konie czyścić i gnój podmiatać.
Tyłem się do niego odwrócił.
Dobrze, że nie widział uśmiechu, który twarz parobka skrzywił. Szwentas nie odpowiedział nic.
Bernard na próżno jeszcze chciał coś dobyć z niego. Szwentas ponuro milczał, odpowiadając półsłowami. Jawną rzeczą było, że wyprawa mu się nie powiodła; a choć nie zdradził, bo powrócił — ten, dawniej tak chytry i przebiegły, szpieg, teraz z niczym przyszedł nazad.