Nie chciał go jednak Bernard zrażać łajaniem, dobyć tylko pragnął więcej wieści o tej niebezpiecznej podróży.
— Gdyś rozpowiadał, że dziecko jej żyć może, — spytał — patrzałeś ty w twarz? mieniła się? zadrżała? poruszyła się?
— Nie wierzy! — odparł Szwentas.
Bernard się zadumał.
— Hm — rzekł — dowód by się znalazł, ale tyś już do niczego.
Nie przeczył parobek; postał na progu i w końcu, odprawiony mruczeniem gniewnym, precz poszedł.
Wlokącego się ku stajniom, przygarbionego, znękanego Szwentasa, na drodze spotkał Sylwester Szpitalnik. Dla niego dość było najnędzniejszego z pachołków widzieć cierpiącym, aby go nie pominąć. Szwentas go nie postrzegł nawet, gdy uczuł uderzenie po plecach.
— Co ty się tak wleczesz, jakbyś dwie miary zboża dźwigał na barkach? — zawołał.
— Zmęczony jestem — zamruczał parobek — zmarzły... niezdrów.
— Od czego?