— Posyłali mnie — rzekł niechętnie Szwentas — zima naszła... nogi pobrzękły...
Poskrobał się w głowę.
Szpitalnik pilno mu się przypatrywał.
— No, to idź na jakie dwa dni do chorych; wydychasz drogę.
Szwentas rad był, ale bał się, co powie Bernard?
— Nie śmiem — mruknął.
— Ja każę! — zawołał żwawy staruszek. — Na dół idź, gdzie knechty... będziesz miał siłę posłużyć, to się tam zdasz i razem grzeszne ciało pokrzepisz.
I ręką mu wskazał na Niższy Zamek. Parobek się skłonił i powlókł. Spoczynek w cieple, przy lepszej strawie, którą dawano wszystkim w szpitalu, bardzo mu się uśmiechał — a Bernard? Choćby się i pogniewał, teraz mu o niego nie szło tak wielce.
Dostać się do szpitala, choć za rozkazem brata Sylwestra, łatwo nie było. Wprawdzie on tu rozkazywał, ale znano jego miłosierdzie nieograniczone i dobroć zbytnią; podwładnych mu więc dawano, którzy za niego surowszymi być musieli.
Izby w szpitalu, właśnie z początkiem zimy, zapchane były, a ta, którą dla knechtów i gawiedzi wyznaczono, tak przepełniona, iż już kąta w niej znaleźć trudno było.