Gdy się zjawił Szwentas, którego Niemcy nie lubili, niedźwiedziem i bestią przezywając, starszy nad izbą, zobaczywszy go, ani chciał słuchać o przyjęciu. Na próżno się składał rozkazem brata Sylwestra...

— Połóż się w końskim gnoju... i wyśpij! — wołał nadzorca — tu dla ciebie miejsca nie ma.

Szwentas właśnie teraz na przekorę, gdy mu pomieszczenia odmawiano, postanowił zostać. Nie odpowiedział nic, do ściany się przyparł i nie ruszył z miejsca.

Nudziło to nadzorcę. Połajał go, nie pomogło; i po godzinie upornego80 stania sam ze złością do izby go wepchnął.

— Idź! leniwcze, bydlę nieczyste, litewskie ty padło! — zakrzyczał — idź! grzej się i nażryj... ale ja ci tu darmo nie dam wczasu81 używać. Służyć musisz!

Szwentasowi posługa szpitalna nie była straszną; nie rzekł nic. Wnet kazano mu misy nosić, wodę rozdawać, na straży stać, drwa narzucać na ognisko.

Ale przy tym strawa się okroiła i nagrzać się było można.

Sylwester nie nadszedł prędko... poskarżyć się nie było można, a i nie miał za co...

Wieczorne jadło już Szwentas rozdawał, jakby nigdy nic innego nie robił. Na noc położył się przy kuchni i spał do świtu. Nazajutrz nie myślano go wyganiać. Szpitalnik nadszedł przy pierwszej strawie, zobaczył go posługującego, uśmiechnął się doń, nie miał nic przeciw temu.

A że mu się ta służba przy knechtach wydała zbyteczną, wziął go z sobą na górę, dla pomocy przy rycerskim i cudzoziemców stole...