Tu mu lepiej było jeszcze... nie tak go popychano i wyśmiewano.
Wieczorem, sam Sylwester dał mu dzbanuszek mały, miskę pokrytą, wskazał drzwi, powiedział, że do drugiej izby ma je zanieść i wyprawił.
Szedł Szwentas, rozpatrując się tu, kędy82 nigdy jeszcze nie bywał.
Drugiej izby przestąpiwszy próg, miał właśnie miskę na stoliku przed chorym postawić, gdy, oczy podniósłszy na niego, zadrgał cały, dzbanek mu o mało z ręki się nie wyślizgnął, i jak skamieniały stanął.
Przed nim siedział młodzian z tąż samą twarzą, z tymi oczyma tęsknymi, jakiego na zamku w Pillenach widział w wiedrze wody.
Szwentas stał, patrzał i ze strachu niemal gotów był uciekać.
— Co tobie? — ozwał się chory, odwracając twarz. I w tej chwili na obnażonej szyi jego postrzegł Szwentas, z lewej strony, pod uchem, znak ziarna grochu, o którym mówiła Reda.
Stłumiony krzyk wyrwał mu się z piersi.
Jerzy patrzał na tego nieznanego sługę z podziwieniem coraz rosnącym.
— Co ci jest? — pytał.