Spojrzał ostatni raz pod słońca blaski,

A już ów rycerz jasny stał bez maski.

Lecz taka była czerwień i płomyki

W powietrzu, które z ziemi idąc parzy,

A tak daleko ze swymi łuczniki

Już był Beniowski, że nie dojrzał twarzy

Więc dogoniwszy swoje tylne szyki,

Spytał jednego z namiotowej straży,

Kto był ów rycerz pożegnany z rana?

Ten odpowiedział: „Syn Gireja-Chana.”