Za stołem cicho stał i patrzał z góry
Na czytelnika bladego tortury.
Ocknięty zamku pan — to raz na księdza,
To znów na ściany patrzał, wstając z wolna,
Ręka na szabli, w oczach gniewu jędza,
Ledwo się w sobie pohamować zdolna...
Lecz myślał, że mu sen mary napędza.
Tak dziwną była ta cisza okolna,
Ten papier nagle do stołu przybity,
Dzieduszyckiego jęk — wzrok karmelity.