Gwiźnie305 — i znów się prostuje, gdy minie,

Tu garść Kozaków jakby oczeretów306

Kępa — tu błyski szabel — tam, bagnetów.

Na to pan Zbigniew patrzał sponad wzgórza.

Wzdryga się pod nim koń i uchem strzyże.

Beniowski spłonął na twarzy jak róża,

Chciałby iść w ogień — ale, mówiąc szczérze,

Trochę go piękna ta dziwiła burza,

Nad którą barskie się łyskały krzyże.

I tak, co miałby wystąpić jak aktor,