W pociągu było pusto i był właściwie szynobusem, a nie pociągiem. Bardzo szybko upłynęła nam podróż do kolejnego punktu na północy, do którego mieliśmy dojechać. Teraz trzeba było usiąść w poczekalni i czekać. Byliśmy jedynymi czekającymi. Chłopiec poszedł oglądać gabloty: przypomniało mi się, że jako dziecko lubiłam oglądać gabloty w przychodni, czekając na wizytę. Te wszystkie obrazki o tym, jak należy żyć, wpięte pinezkami — a wtedy nie miały one kolorowych główek — za solidną, szklaną taflą, żadna z prezentowanych porad nie tylko nie wchodziła w sprzeczność z innymi, ale wręcz niekiedy z niej wypływała bądź stanowiła jej dopełnienie. Jedz pięć razy dziennie owoce i warzywa, mówiła jedna gablota, a druga dopowiadała, że tylko umytymi rękoma i pokazywała, jak te ręce myć. Wędrując wte i wewte po korytarzu nabierałam pewności, że życie jest przygodą godną i sprawiedliwą.

— Nie uwierzysz, dziewczyno — odezwała się do mnie zniszczona kobieta, która chwilę temu pojawiła się w poczekalni i przyglądała mi się pod kątem. — Taka historia! — Wyjęłam portfel, dałam jej pięć złotych.

— Będę się za ciebie modlić — powiedziała.

— Ani mi się waż — wykonałam gest, jakbym chciała jej zabrać pieniądze, ale nie chciałam jej zabierać pieniędzy. Na to pojawił się chłopiec, nowoczesny dworzec nie zawierał tylu gablot co przychodnia zdrowia mojego dzieciństwa.

— Chciałaś jej zabrać pieniądze? — obruszył się.

— Powiedziała, że się będzie za mnie modlić — wyjaśniłam.

Chłopiec usiadł obok mnie na podłodze i ukrył głowę w kolanach.

— Oj, będziesz miał tam jak w niebie — powiedziałam. — Spodoba ci się, paniczu.

Nazywałam go paniczem, kiedy miałam wrażenie, że mnie potępia.

— Gdzie będę miał jak w niebie?