Rozbijemy to pytanie na dwie części: 1) śmiertelność niemowląt, 2) śmiertelność i choroby starszych dzieci i młodzieży.

Pierwszą odpowiedź znaleźć można na jednej z poprzednich kartek: złe, niehigieniczne warunki matki brzemiennej, jej nędzne odżywianie, a czasem niedostatek prawdziwy są powodem, że te nieliczne niemowlęta, które nie z uśmiechem szczęścia na ustach matki, ale z rozpaczą i przestrachem są przez nie dziś witane, przychodzą na świat nędzne, wątłe jak i ich matki, a więc do życia mało zdolne. A silniejsze wkrótce stają się wątłymi, bo pierś matki niezdolna jest je posilić. A te, które mają dwa, trzy miesiące, dostają od matek — w braku mleka własnego i w braku drogiego i fałszowanego krowiego — chleb „kartkowy”, ziemniaki, kaszę. Więc czyż trudno o zatrucie drobnych istotek, o śmiertelne zaburzenie kanału pokarmowego? A przy tym trzyrublowy funt8 mydła niezbyt ułatwia utrzymanie czystości ciała, bielizny i odzieży. Zresztą każdy człowiek dziś doskonale rozumie, że o ile społeczeństwo świadomie nie wytęża wszystkich swych sił ku ratowaniu dzieci, to tych najbiedniejszych czeka niechybna śmierć. A wszak biedni są ci, którzy jeszcze wczoraj mieli okrasę9 i parę zaoszczędzonych rubli, którzy dotąd dawali sobie radę, aż stanęli na progu nędzy, bez wyjścia z omdlewającymi na rękach dziećmi z wyczerpania. Trzeba je ratować. Trzeba z całą energią i zrozumieniem doniosłości społeczno-narodowej popierać czynem, pieniężnie i współpracą nowo założone Towarzystwo Opieki nad Niemowlętami (Koszykowa 18). Ono bowiem ma na celu dostarczanie biednym matkom zdrowego pożywienia dla niemowląt w postaci mleka i kleików specjalnie dla tego wieku przygotowanych; ono pragnie ten nędzny drobiazg otoczyć troskliwym opiekuńczym ramieniem i możliwie zdrowotnymi warunkami. Jednym słowem Towarzystwo Opieki nad Niemowlętami to nie teoria i sentyment, lecz czyn, czyn potrzebny zawsze i w każdym społeczeństwie, ale dziś nabiera on u nas specjalnego znaczenia, staje się niezbędny, podstawowy w imię walki z przerażającą śmiertelnością dzieci. Nowa ta instytucja, założona przez grono kobiet, choć uzyskała poparcie miasta i pewną od niego miesięczną materialną pomoc, jednak to wszystko na razie jest kroplą w morzu, bo na całą Warszawę działa zaledwie kilka punktów rozdawniczych, podczas gdy one powinny być prawie na każdej ulicy, szczególniej w dzielnicach biedniejszych i gęsto zaludnionych.

Śmiertelność i choroby starszych dzieci przedstawiają się również groźnie. Jeżeli liczebnie śmiertelność ich jest mniejsza od niemowląt, to pamiętajmy, że są to już dzieci podchowane, a więc przedstawiające pewien kapitał, pewną wartość ekonomiczno-społeczną, choćby z tego względu, że wcześniej staną się siłą produkcyjną.

Będąc od lat kilku lekarzem-higienistą szkół elementarnych, doskonale znam stan zdrowotny dzieci najuboższych sfer ludności Warszawy i z przerażeniem widzę, jak te, i tak w zwykłych, normalnych czasach wątłe, organizmy stają się dziś pastwą różnych chorób, a w pierwszym rzędzie gruźlicy.

Gruźlica, czyli suchoty, ten zwykły robak, który bezustannie toczył pień drzewa ludzkości, zwrócił na siebie uwagę w końcu zeszłego stulecia wszystkich narodów cywilizowanych, które wypowiedziały walkę temu podstępnemu wrogowi, wołając na alarm i stwarzając specjalne towarzystwa przeciwgruźlicze, specjalne pisma, narady i zjazdy międzynarodowe. Jeżeli w stosunkowo normalnych warunkach w samym tylko Królestwie Polskim umierało rocznie na suchoty 25 tysięcy ludzi, a wraz z Galicją i Poznańskiem dawało 80 tysięcy polskich zgonów — to jakąż liczbę ofiar dziś gruźlica pożera?

Wiemy przecież, że suchoty opanowują ludzi słabych, wyniszczonych, że gnieżdżą się tam przeważnie, gdzie nędza, brud i przeludnienie, że nie omijają żadnego wieku, że są bezwzględnie zaraźliwe. Zaraźliwość suchot drogą bardzo ułatwioną, bo przez plwociny i ślinę, a więc przez wszystko, do czego usta suchotnika się dotkną, stanowi całą łatwość, całą tragedię w szerzeniu się tego śmiertelnego płomienia. I dotąd widmo suchotnicze plątało się niemal w każdej rodzinie; sięgając do wspomnień o naszych bliższych lub dalszych znajomych, między przyczynami ich śmierci suchoty wysuną się na plan pierwszy.

A cóż dopiero dziś? A cóż dopiero będzie jutro?...

W ochronkach, szkołach, przytułkach, w suterynach i poddaszach — te blade twarzyczki, ze zdziwionymi, przygasłymi oczami, z obrzękłymi gruczołami na wychudłej szyi, z klatką piersiową zapadłą — to najbliższe ofiary gruźlicy, to już utajona gruźlica.

Dzisiejsza gruźlica jest przerażająco złośliwa. Gdy w czasach normalnych forma gruźlicy dziecięcej miała swą odrębną postać i była zwykle chorobą przewlekłą (za wyjątkiem formy mózgowej), dziś spotykamy galopujące suchoty u dzieci 14- i 12-letnich i młodszych; dziś w szpitalach suchoty są najczęstszą przyczyną śmierci i wyniszczają nie tylko jednostki, ale całe rodziny. Nierzadko matka, córka i syn znajdują się w tym samym szpitalu, chorzy jednocześnie na gruźlicę. Nic dziwnego, wszak to choroba bardzo zaraźliwa, a szpitali mało, a przytułków dla suchotników nie ma, a izolacja nikogo nie obowiązuje, cierpią i zarażają się razem, siebie i całe otoczenie... nędza temu doskonale pomaga.

Żadna epidemia ani cholery, ani tyfusu plamistego, ani ospy tak wyniszczeniu naszemu nie zagraża jak suchoty. Przed zaraźliwością epidemii bronią nas sanitarne rozporządzenia, izolacja, specjalna opieka lekarska, wreszcie pewne uświadomienie i przestrach przed ich szkodliwością, podczas gdy gruźlica szerzy się nie jak jawny gorący płomień, ale jak podstępny, zatruty jadem gad.