Otoczyć specjalną opieką zagrożoną gruźlicą dziatwę, izolować w jak najszerszej mierze wszystkich chorych na suchoty, wydać rozporządzenia dotyczące uzdrowotnień mieszkaniowych — to powinno być naglącym czynem w walce z gruźlicą, tą klęską społeczną pierwszorzędnego znaczenia.

O tak, w sprawie uzdrowotnień mieszkań jest dużo, bardzo dużo do zrobienia.

Spójrzmy do lokatorów suteryn, do ciemnych nor, tak zwanych „mieszkań stróżów”, do wilgotnych, czarnych jaskiń w poprzecznych oficynach na parterze, do ciasnych, brudnych, zadusznych i przeludnionych mieszkań robotniczych — to wszystko wyborne siedliska dla gruźlicy i przeróżnych możliwych epidemii.

Mało kto poza lekarzem zna te przesiąkłe zgnilizną i wilgocią nory, budowane przez budowniczych nieświadomych swych zadań i wymagań zdrowotnych i chciwych spekulantów. Dla mnie i taki budowniczy, i ten spekulant-przedsiębiorca są jednakowo występni, a jeszcze większą zbrodnię popełniła opieka zdrowia publicznego. Ale czym od stulecia ona u nas była?... Łapownictwem, podstępem, przekupstwem. To była moskiewska opieka! Czy im chodziło o nasze zdrowie? o podniesienie naszej kultury? Przeciwnie, wszystkim i czym tylko mogli nas gnębili, okradali, demoralizowali. Dziś, gdy sami radzić mamy o samorządnej gospodarce miast, gdy odrodzić się mamy z nędzy przeszłej i teraźniejszej, powinniśmy zabronić mieszkać w suterynach i poddaszach, zniszczyć niechlujne mieszkania i domy, a w zamian dać czyste, zdrowe.

To jest jeden z najpierwszych wskaźników zdrowotnych dla przyszłego samorządu w walce z przerażającą śmiertelnością dzieci i w ogóle w walce z suchotami dla całej ludności stołecznego miasta Warszawy. Rozkaz zabraniający wynajmowania suteryn i lokali ciemnych i wilgotnych jako mieszkań nie jest dziś rzeczą taką trudną do przeprowadzenia, wobec ogromnej ilości pustych mieszkań. Zresztą powinniśmy pokonać największe trudności wobec zasadniczo zdrowotnego celu — zmniejszenia ogólnej śmiertelności ludności i wstrzymania epidemii gruźlicy.

Prawie wszystkie dzieci suteryn i poddaszy, wszystkie dzieci stróżów anemiczne są wyniszczone jak roślina bez słońca i powietrza, jak kwiat zwiędły i zdeptany. Tą zależność złych warunków mieszkaniowych w stosunku do gruźlicy i w ogóle do szerzenia się wszelkich chorób najpierw zrozumieli, zawsze trzeźwi i światli, Anglicy. Oni w walce z gruźlicą zburzyli w Londynie cale dzielnice ciasne i przeludnione, a więc brudne, nędzne, a w zamian stworzyli higieniczne, estetyczne dzielnice mieszkań robotniczych, składające się z oddzielnych domków z ogródkami, z przestrzenią. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że nas nie stać na to, ani dziś, ani jutro. My bezsilni jesteśmy wobec zachęcającej statystyki londyńskiej, która po kilkunastu latach wykazała owocność tej zdrowotnej reformy. Procent śmiertelności z powodu suchot spadł znacznie, bo z 30 ofiar na 10 tysięcy mieszkańców do 12 zaledwie zgonów z powodu gruźlicy, jednak obecnie zbyt jesteśmy zrujnowani, zbyt na pierwszy plan wysuwa się sprawa żywienia i odżywienia nas, by burzyć wstrętne zaułki, na wpół zgniłe domki i koszary robotnicze. Ale wydać zakaz wynajmu suteryn, ciemnych strychów, wilgotnych oficynek, ale nakazać właścicielom dawanie zdrowych pomieszczeń stróżom, a nie barłogów pod schodami — to przyszły samorząd zrobić może, zrobić powinien w imię możności wytrwania strasznych przejść obecnych, w imię ratowania swego własnego narodu.

Nie łudźmy się, że te suteryny, te poddasza i barłogi zwykle bardzo licznych rodzin stróżów znajdują się w Warszawie w małej ilości, li tylko na krańcach miasta w dzielnicach ubogich i przeludnionych. Na każdej na pozór czystej i zamożnej ulicy znajdują się te gniazda, te siedliska wszelkich chorób i nędzy ludzkiej. I tu, w śródmieściu, na takiej ulicy Nowogrodzkiej, Hożej, Wspólnej, Widok są tak nieludzkie siedliska czy nory, że do nich można się dostać tylko ze światłem w ręku lub wchodzić do ciemnych, wilgotnych i zgnilizną woniejących korytarzy z wyciągniętymi przed siebie rękoma. A maleńkie okienka tej nędzy rodzin polskich wychodzą na sam rynsztok i tyle dostaje się tam światła, ile odbije się od kałuży...

Cóż więc dziwnego, że zdrowie dzieci szkół elementarnych jest tak przerażająco smutne? Wszak to lokatorzy suteryn, poddaszy, oficyn, wszak to rośliny bez światła i powietrza: rachityczne, anemiczne, wynędzniałe.

Dziś ⅓ dzieci biednych (a tych jest całe setki tysięcy) jada raz dziennie tak zwaną „zupę komitetową”, a reszta dostaje w domu drugi raz na dzień jeszcze gorszą, jeszcze mniej posilną strawę; śpią w brudzie, noszą brudną bieliznę na brudnej skórze, bo cena mydła jest niepoczytalna, wdychają zgniłe powietrze ciasnych, brudnych mieszkań. Więc możemy bez przesady powiedzieć, że wśród szerokich mas Warszawy dziś nie ma wcale zdrowych... Ładna perspektywa dla przyszłości narodu.

Nie łudźmy się, że w szkołach średnich jest o wiele lepiej. Na pewno 50% to również młodzież anemiczna, z upośledzonym odżywianiem, z powiększonymi gruczołami.