— A gdzie się znalazł ten szklarski diament?

— U Hordubalów w komorze. Co pan na to?

— No, chłop to zawsze chłop — mówi Gelnaj zgorszony. — Żal im wyrzucić cośkolwiek, choćby to miało być corpus delicti99. Myślą, że to się może kiedy przydać... — Gelnaj splunął po mistrzowsku. — Sknery paskudne!

— Hordubalowa dowodziła, że ten diament znajduje się tam od dawna, że był tam, zanim jeszcze Hordubal wyjechał do Ameryki. Ale szklarz, Farkasz, przypomniał sobie, że Szczepan kupił od niego ten diament przed jakimś miesiącem.

Gelnaj gwizdnął.

— Już przed miesiącem? Widzi pan, panie Biegl, to dziwne: więc już przed miesiącem myśleli o tym. Zabić kogoś na poczekaniu to i ja bym potrafił, ale tak na daleką metę... A te dolary znalazł pan?

— Nie znalazłem. Tam, w tej komorze, wygrzebałem prócz tego lampkę elektryczną. Staram się dowiedzieć, gdzie i kiedy Szczepan ją kupił. Też dowód, co? W każdym razie wystarczy, żeby panowie sądownicy kazali aresztować i tę kobietę. Ale cóż? Każą nam jeszcze szukać jakichś porządnych dowodów.

Gelnaj kręci się na krześle.

— Ponieważ to pan, a nie kto inny, Karolku, to ja panu też coś powiem. Otóż szwagier Szczepana, niejaki Janosz, wygadał się, że przed tygodniem mniej więcej przyszedł do niego na pole Szczepan i powiada: Co ty, Janosz, tak się biedzisz? Mógłbyś porządnie zarobić, mógłbyś dostać parę wołów, jakie sam byś sobie wybrał, i to za drobnostkę: za sprzątnięcie Juraja Hordubala.

— To dobre — rzekł z uznaniem Biegl. — I cóż Janosz?