— „Odczep ty się ode mnie! Skąd byś, Szczepanie, wziął pieniądze na to?” „Ja nie mam, powiada Szczepan, ale gaździna ma. Przyrzekliśmy sobie pobrać się, gdy Hordubal będzie sprzątnięty”.
— No to ich mamy — odetchnął Biegl z ulgą. — Wspólna robota.
Gelnaj zgodził się z Bieglem. Lecz oto doktor wraca z sekcji, biegnie na krótkich nóżkach i rozgląda się krótkowzrocznie.
— Panie doktorze — woła Gelnaj — czy nie zechciałby pan zatrzymać się u nas na minutkę?
— A! — woła doktor krótko i ostro. — No dobrze. Dajcie mi kieliszek śliwowicy. Już było biedaka trochę czuć. Nieładna robota. Ach, aach — odetchnął z głębi i odstawił pusty kieliszek. — A wiecie już, panowie, że zabito umarłego?
Biegl wytrzeszczył oczy.
— Jakże to?
— Prawie umarłego. Ten człowiek konał, był w agonii. Zapalenie płuc w najwyższym stopniu, prawe płuco było już zropiałe, żółte jak wątroba... Nie byłby dożył do rana.
— Wszystko więc było całkiem niepotrzebne — rzekł Gelnaj z wolna.
— Oczywiście. A na aorcie wypukłość jak pięść. Nawet gdyby nie było tego zapalenia płuc, dość byłoby jakiego wzburzenia i szlus100. Biedak!