— Czy Hordubal skarżył się może na swoją żonę?

— Nie skarżył się, ale unikał ludzi. Z żalu gasł niby świeczka.

Żandarmski wachmistrz105 Gelnaj potwierdza oskarżenie. Poznaje materiały dołączone do sprawy. Tak, to jest okno z izby Hordubalów, tutaj, na wewnętrznej stronie, są rysy od diamentu. Tego dnia było błoto, pod oknem stała kałuża wody, ale w izbie nie było ani śladu błota, a na ramie okiennej pozostał kurz nietknięty. Czy człowiek dorosły może przeleźć przez taki otwór? Nie może. Powinna by przejść przynajmniej głowa, ale nie przejdzie.

Sąd przesłuchuje aspiranta żandarmerii Biegla. Stoi jak przy raporcie i bije od niego glanc106 gorliwości. W pełni potwierdza akt oskarżenia. Diament znalazł w zamkniętej skrzyni. Hordubalowa nie chciała mu dać klucza do niej, mówiąc, że go zgubiła. Wyłamał zamek od skrzyni, a klucz znalazł się później na dnie wiadra z owsem. Znalazł także w Rybarach dolary Hordubala.

— I jeszcze to pozwoliłem sobie przynieść, panie przewodniczący — melduje Biegl podniesionym głosem i wyjmuje coś zawiniętego w chusteczkę do nosa. Znalazł to dopiero wczoraj, gdy Manyowie wywozili gnój na pole. Znajdowało się to w nawozie.

Biegl kładzie na stole przed panem przewodniczącym cienki, ostry przedmiot, około piętnastu centymetrów długości, o obłym przekroju.

— Co to jest?

— To jest, proszę wysokiego sądu, koszykarska igła, która znajdowała się u Manyów i zginęła w dniu morderstwa. — Biegl ani drgnie, ale przeżywa triumf i rozkoszuje się wielkim zainteresowaniem ogółu. Przez pięć tygodni szukał tę marną igłę, ale ją ma.

— Oskarżony, czy poznajecie tę igłę?

Nie poznaje jej. I Manya siada, ponury i zacięty w sobie.