— Nie rozmawiał.

— Ale żandarmom przyznała się pani, że tak.

— Żandarmi mnie zmusili.

Zeznaje Juliana Warwarynowa, sąsiadka Hordubalów. Tak, widywała Hordubala gdy chodził jak bez duszy. Polana nie dawała mu jeść, gdy przepędził tego Szczepana, ale parobkowi piekła kurczęta i prosięta. Co dzień sypiała z Manyą, Boże odpuść! I sąsiadka spluwa. Ale gdy wrócił Hordubal, nie wiadomo, gdzie się spotykała z parobkiem, bo do stajni już nie wchodziła. Ostatnimi czasy Hordubal i w nocy obchodził podwórko i świecił, jakby pilnował.

— I jeszcze jedno: świadkini widziała, jak Hordubal przerzucił Szczepana przez płot. Czy Szczepan miał wtedy na sobie kapotę?

— Nie, kapoty nie miał na sobie. Był tylko w portkach i w koszuli.

— I odszedł bez kapoty?

— Tak, wysoki sądzie.

— No więc ta kapota, co ją ma na sobie, musiała była zostać razem z jego rzeczami u Hordubalów. Szczepanie Manyo, kiedy wróciliście do Kryvej po tę kapotę?

Szczepan wstaje i mruga oczami, nie wiedząc, co odpowiedzieć.