Chłopi wstają.
— Daj mu spokój, Gejzo! — przymawia Varvarin.
Ktoś ujmuje Juraja przyjaźnie za ramię i ciągnie go na dwór.
Wyrwał się Hordubal i do Fedelesza! Staje przed nim, nos w nos.
— O kim ty? — mówi głosem zachrypłym.
— Taki fujara jest tylko jeden — powtarza Fedelesz Gejza i nagle, jakby świsnął biczem, dodaje: — Ale kurew takich jak Polana jest więcej.
— Chodź ze mną — mówi zachrypły Hordubal i wśród stłoczonych chłopów toruje sobie drogę ku wyjściu. Gejza za nim, a w kieszeni otwiera nóż. Baczność, Hordubalu, pilnuj pleców! Ale Hordubal nic, pcha się ku drzwiom, a Gejza za nim, ściskając w garści nóż tak mocno, aż mu się dłoń poci.
Wszyscy tłoczą się w drzwiach. Juraj odwraca się do Fedelesza.
— Ty — mruczy groźnie — chodź no tutaj!
Gejza trzyma rękę z nożem za plecami i gotuje się do skoku, ale Hordubal ramionami jak drągi u żurawia chwyta go wpół, nie oglądając się na jego ręce, podnosi go, wywija nim młynka i ciska go na ziemię. Gejza zrywa się na nogi i syczy z wściekłości. Znowu podnosi go Hordubal do góry i ciska nim o ziemię, jakby nim ubijał bruk. Nagle kolana Gejzy uginają się, chłop leci na ziemię i bęc! Uderza głową o jakiś ceber82. Leży teraz, nie rusza się i wygląda, jakby był kupą szmat.